Medycyna? Nie idźcie tą drogą

Już nie daję rady. Dzisiaj coś we mnie pękło. Popłakałam się. Zażyłam Zomiren. 

Uporczywe mdłości zabijają mnie nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Po kofeinie narastają tak szybko i gwałtownie, że rzadko zasypiam bez plastikowej miski przy łóżku. Na wszelki wypadek. Z kolei bez kofeiny jestem wiecznie senna, przesypiam co najmniej pół doby, a przecież na tych studiach to oznacza jedno – klęskę. I ta klęska się powoli dzieje. Narastają zaległości, a powinna narastać ilość powtórzonego do sesji materiału. Narasta frustracja, stres i nienawiść do tej uczelni oraz do samej siebie – że wybrałam tę drogę. 

Na chuj mi to było?

Ja nie chcę być lekarzem. Kiedyś nie chciałam studiować medycyny, ale chciałam być lekarzem. Od kilku miesięcy męczy mnie potwornie świadomość, że nie chcę już nawet tego „wspaniałego” zawodu (ciekawe, co jest niby takiego wspaniałego w nieustannym stresie i lęku o czyjeś zdrowie i życie, użeraniu się z chorymi ludźmi, którzy w większości nie okazują najmniejszej nawet wdzięczności oraz spędzaniu połowy życia w szpitalu).

Chciałabym się wycofać, ale wiem, że teraz to już niemożliwe.

No chyba, że wycofa mnie życie…

12.12.

Jaka ja muszę być, że potrzebowałam TYLU LAT (mniej więcej 5), aby do mnie dotarło, że te studia to największa spierdolina, na jaką mogłam się zdecydować? Poprawna jest jedna odpowiedź.

a) strasznie tępa
b) strasznie ambitna
c) strasznie masochistyczna

Ja wahałabym się między a) i c), jednak po dłuższym namyśle przewagę uzyskuje odpowiedź c).

Tak jest. Cała ja. Wszystkie z ważniejszych decyzji mojego życia (może nie zawsze słowo „ważniejszych” jest odpowiednie, ale na pewno chodzi o decyzje, które mocno się odbiły na moim samopoczuciu psychicznym), tak naprawdę były podejmowane w podświadomym (!) poczuciu, że lubię cierpieć.

I to jest chyba sedno sprawy. Od kiedy pamiętam lubiłam cierpieć, lubiłam się męczyć, być zmęczoną, wypełniałam swoją pustkę emocjonalną potęgowaniem przeżywania nieszczęśliwych wydarzeń. Widzę to dopiero teraz, z perspektywy czasu.

Szkoda, że tak późno.

15.11.

Nie wiem, co mam napisać. Ostatnio brakuje mi słów, aby opisywać to, jak się czuję, gdy ktoś mnie o to pyta. Wiem tylko tyle, że jestem wyczerpana fizycznie i psychicznie.

Na szczęście (dzięki Bogu za to!) moje zmęczenie jest „tylko” takie, jak u zdrowych ludzi, a nie powalające na ziemię i nie pozwalające się z niej podnieść. Leki zaczęły działać i funkcjonuję chyba już tak, jak funkcjonują inni. Nie zmienia to faktu, że czuję się źle, ale pewnie mało kto z mojego roku czuje się teraz dobrze… 

Byle do ferii :(

A wczoraj wybiło nam dokładnie 2 lata razem! Do ślubu 682 dni! KOCHAM BARDZO!

11.10.

Boże, już chyba rozumiem, jaki cel ma każdy mój tragiczny upadek. Gdy już wreszcie wstanę, najbardziej na świecie doceniam to, że stoję. Dla innych to oczywista sprawa, że się stoi, dla mnie – każdego dnia niewiadoma…

Każda wygrana godzina, w której siedzę nad książką i się prawdziwie uczę, jest na wagę złota. Każde wyjście na zajęcia, każda podpisana lista obecności, każde wstanie o 6:30, każdy zjedzony normalnie posiłek – to wszystko też jest na wagę złota.

Zdałam sobie sprawę, jak strasznie ta choroba nauczyła mnie doceniać dobre rzeczy. I widzieć powody do szczęścia tam, gdzie inni widzą tylko szarą codzienność…

08.10.

Jestem już na samym dnie…. w okropnym potrzasku, z którego nie ma ucieczki….

Nie mam siły już walczyć, a walka ledwie się zaczęła.

Osiągnęłam poziom rozpaczy, jak 2 lata temu, tylko, że teraz już nie mam gdzie uciec. Wtedy miałam. I uciekłam. W to samo bagno, które mnie zniszczyło. Ileż razy można uciekać?

29.09.

Już teraz sam widok nowego planu i harmonogramów ćwiczeń doprowadza mnie do rozpaczy. Odnoszę wrażenie, że pierwszoroczna anatomia wcale nie była taka tragiczna w porównaniu do tego, co czeka mnie na II roku. Zresztą, to nie jest tylko moje wrażenie, bo takie zdanie powielają także studenci starszych lat.

Aż mi niedobrze z nerwów, tak bardzo się boję. Najbardziej chyba samej siebie w tym wszystkim, bo wiem, jak łatwo mnie zrujnować byle słowem czy nawet spojrzeniem. Nie znoszę mojej grupy, nie mogę znaleźć z nimi wspólnego języka i to się niestety także odbija na mojej psychice.

Świadomość, że za 2 dni już mnie nie będzie w domu, lecz będę tam – sama, przytłoczona książkami, wręcz nimi osaczona na 150% – dobija mnie koszmarnie.

Gdzie w tym wszystkim odnaleźć chociaż cień radości, że to jest droga do spełnienia marzeń?

16.08.

Nie umiem okiełznać tego smutku. On jest tak olbrzymi, że jego łapy obejmują wszystkie obszary mojego życia. Próbuję zmieniać kierunek moich myśli z aktualnie bolącego na inny – żeby nie bolało. Po chwili okazuje się, że w tym także boli, a kolejna zmiana przynosi kolejne rozczarowanie i jeszcze większe poczucie beznadziei. Nie ma już gdzie uciekać.

Czas ponownie przywitać się z depresją. Z wygasającą miłością do wszystkiego i wszystkich, których do tej pory kochałam.

Już zaczynam się izolować, uciekać w wymyślone światy książek, filmów, gier. Apetyt odchodzi z każdym dniem coraz dalej, ale to jest akurat dobra wiadomość – zrzucę trochę tłuszczu ze swojego pasztetowego cielska.

10.08.

Czuję pustkę. Największą odnośnie mojego związku. Trochę mniejszą – widząc bezsens, kiedy patrzę na siebie na tych studiach w przyszłości. Wszystko jest takie nijakie…

Wznowiłam branie leków. Uciekam we wszystko inne niż myślenie o całym syfie mojego życia. O złych wyborach, których dokonałam. O cierpieniu, jakie przeżyłam i jakie jeszcze mnie czeka. O rzeczach, które robię cały czas źle i w których jestem gorsza od innych. Po prostu skumulowało się całe zło.

Jutro jadę do Mojej J., a w niedzielę idę do pracy. Wrócę w poniedziałek ledwo żywa i chyba potrzebuję być ledwo żywa, bo wtedy się nie myśli o niczym innym niż zmęczenie i ból nóg.