07.12.

Gniję powoli, ale doszczętnie. 

Przestaję widzieć sens wszystkiego. Nie mam siły już wstawać rano z łóżka. Dzisiaj prawie zaspałam na zajęcia, które zaczynały się o 14… 

Chwilowe przypływy radości są tak chwilowe, że ledwo zauważalne. 

Nie wiem dlaczego jestem tak słaba, dlaczego potykam się o najmniejsze przeszkody, dlaczego boli mnie tak bardzo ukłucie najmniejszej igły. 

Szczęście, czy ty w ogóle istniejesz? 



25.11.

Straciłam całą siłę do działania. 

Na dzisiejszą anatomię pójdę nauczona może w 20%, ale najgorsze jest to, że mam już na to wszystko po prostu wyjebane. 

A to dlatego, że stres zaczął mnie paraliżować, mimo, że do tej pory był ledwie odczuwalny. 

Wszystko stało się takie mdłe, bez wyrazu i bez smaku. 

Moja reakcja obronna mnie nie broni, lecz wycofuje. 

23.11.

Ryczę nieustannie od 3 godzin. 

Anatomii się nie nauczyłam. 

Po co ja żyję? Tylko ranię siebie i innych. 

A najbardziej to żal mi T., że ma tak pojebaną dziewczynę. 

Przepraszam Cię. Zasługujesz na kogoś tak wspaniałego, jak Ty, a jesteś z taką tepą szmatą… 

Potwornie mi Ciebie szkoda. 

22.11.

Poruszyło mnie bardzo coś, co nie powinno mnie już w ogóle interesować. 

Wczoraj weszłam na profil JEGO żony. Nie wiem czemu. I tak jest ogromny postęp, bo ostatnio tam byłam jakieś 2 tygodnie temu (wcześniej to były wizyty minimum 2x dziennie…) i właśnie dlatego, że byłam tam tak „dawno” temu, dopiero wczoraj zobaczyłam jej post o narodzinach drugiej córeczki, który dodała kilkanaście dni temu. 

Dobiło mnie to. Dwójka dzieci to już nie jedno i tak jakby druga „kula u nogi”, jeśli ktoś chce od kogoś odejść. 

Pierwsze co pomyślałam: ‚To moja wina’. Tak, to moja wina, że to drugie dziecko zostało spłodzone. Mogłam od razu powiedzieć tej dziewczynie o wszystkim. Może to, że ta sprawa mnie tak potwornie męczyła od samego początku, to był znak, żeby coś się zmieniło w ich życiu. Nie powiedziałam nic, nie zmieniło się nic w pożądanym kierunku. Ona pewnie nadal niczego nieświadoma, urodziła drugie dziecko i założę się, że nawet gdyby dowiedziała się o tym dziś – nie ode mnie, od kogoś innego lub sama by coś odkryła, to drugie dziecko byłoby szalą przechylającą decyzję w kierunku pozostania z tym łajdakiem. Przecież dobro dzieci jest najważniejsze.

Nie jestem za rozwodami. Uważam, że o małżeństwo się powinno walczyć do samego końca, ale też w granicach rozsądku. Czasami taki wstrząs w postaci ogromnego kryzysu jest przyczyną rozpadu małżeństwa, ale czasami stanowi moment przełomowy, żeby mąż (albo żona) przestał pić/zdradzać/bić/niszczyć rodzinę w jakikolwiek inny sposób. 

Wątpię, żeby on zaprzestał czynić świństw. Z tego, co opowiadał, jest taki „od zawsze”, więc skoro coś tak bardzo ważnego, jak ślub i pojawienie się pierwszego dziecka z tą kobietą, nie wyzwoliło w nim zmian, to na pewno nie wyzwoli tego ani drugie dziecko, ani następne. 

Słyszałam wiele podobnych historii od moich psychoterapeutek, wiele też czytałam swego czasu, kilka takich historii zdarzyło sie wśród moich znajomych lub w rodzinie. Natura ludzka jest tak skomplikowana, że nie da się nigdy przewidzieć, jak będzie akurat w tym przypadku, ale to, że w przeważającej części tych przypadków powtarza się ten sam scenariusz, obciąża moją psychikę poczuciem winy i cholernej bezradności. 

Jedyną osobą, z którą miałam ochotę wczoraj rozmawiać o tym, czego się dowiedziałam, był T.  

Uchronił mnie przed sięgnięciem po ostrze. Myśl o tym pojawiła się chwilę po tym, jak zobaczyłam post. 

Jest moim najlepszym przyjacielem. Nabiera to olbrzymiej mocy, jeśli połączone jest z miłością i pragnieniem, aby to właśnie z tą osobą spędzić resztę życia. 

Jestem największą szczęściarą na świecie, że Ciebie mam, T. 

Dziękuję. Kocham. 

Znalezione obrazy dla zapytania lucky i'm in love with my best friend

26.10.

Przegrałam każdą sekundę dzisiejszego dnia.

Zaciskam zęby, że nie ryczeć. Nie uczę się anatomii, a powinnam. 

Nie chce mi się z nikim gadać, nawet z T. 

Już wiem, że ona wróciła naprawdę. 

Boję się pomyśleć, co zabierze mi tym razem. 

23.10.

Boże, dlaczego znowu na to pozwalasz? 

Znowu wpadam w sidła choroby i wszystko zaczyna mi obojętnieć. 

Ciągle oglądam się za siebie, bo mam jakieś irracjonalne lęki, że ktoś za mną chodzi. Śnią mi się potworne rzeczy, a bolesne epizody z przeszłości powracają o wiele częściej niż przedtem. 

Czuję się taka paskudna, taka okropna i beznadziejna. Przestało mi się chcieć dbać o siebie, bo straciło to dla mnie sens. Przecież mojej okropnej mordy nie zakryje nawet tona tapety. 

Zamiast się integrować z grupą, przed zajęciami siedzę z nosem w książce, chociaż i tak nic nie czytam, bo jestem zawsze tak zestresowana, że mam na wszystko wyje*ane. 

Przypomina mi to każdy poprzedni nawrót prawdziwej depresji. Teraz mam o wiele lepszą sytuację życiową niż wtedy. Ona teraz nie może wrócić… Nie może zniszczyć mi takiego pięknego życia…. 

Królowa Lodu

Zmarnowałam dwa popołudnia na topienie się w lodowatej wodzie, którą jest depresja. Mogłam przeczytać dziesiątki stron podręcznika, mogłam iść na różaniec, mogłam posprzątać. Zamiast tego wszystkiego były bezsensowne łzy, bezsensowna bezsenność i bezsensowne myśli. Wszystko bez sensu, czyli historia zatoczyła koło. 

Każdego dnia czuję, jak stąpam po kruchym lodzie. Wystarczy naprawdę tak niewiele, wystarczy lekki podmuch wiatru i ja już ląduję w lodowatej wodzie. Czuję, że T. cały czas trzyma mnie za rękę i tylko dzięki temu (oraz innych ciepłym dłoniom, które mnie podtrzymują) jeszcze się nie utopiłam. Najgorsze jest to, że nikt, absolutnie nikt z wyjątkiem mnie samej, nie jest w stanie mnie stamtąd wydostać. 

Ja nie mam siły, aby wyjść na zewnątrz i stanąć na stabilnym gruncie. On mi się wydaje tak odległy, że aż nieosiągalny. Chodzę cały czas po tym lodzie, ale on się co chwila załamuje i przez to jestem tak toksyczna dla moich bliskich, bo nie można mnie spuścić z oczu. Nie można mnie zostawić samej ze sobą, bo grozi to dramatem. 

Jak patrzę na kilka ostatnich lat mojego życia, to dochodzę do wniosku, że zdecydowanie więcej czasu spędziłam w wodzie. Później, gdy udało mi się wydostać, byłam jeszcze przez jakiś czas ‚przemarznięta’, nie było to przyjemne, a najczęściej niedługo potem i tak znowu wpadałam. 

Ostatnie tygodnie były bardzo dobre, ciepłe, naprawdę ciepłe. Teraz znowu wbijają się we mnie lodowe szpile, nie mam siły ani ich pokonać, ani wypełniać swoich bieżących obowiązków.

Czas wrócić na terapię.  

09.10.

Gdy dzisiaj przypadkiem usłyszałam Lost Frequencies, od razu przypomniał mi się cały syf związany z MarC. Przez chwilę zabolało, ale szybko przeszło, bo…

Bo zdałam sobie sprawę, że ilość cierpienia przez MarC jest o wiele mniejsza niż ilość szczęścia z powodu obecności T. przy mnie. Ba! Powiem więcej: ilość cierpienia z powodu wszystkich złych facetów w moim życiu razem wziętych jest nadal mniejsza niż szczęście, jakie powoduje u mnie bycie z kimś tak wspaniałym, jak T.!

T. w rok nie tylko zrównoważył szale szczęścia i cierpienia w moim życiu, ale nawet sprawił, że ta pierwsza jest już cięższa! Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego faceta, a teraz nie marzę o niczym innym, jak tylko o tym, żeby spędzić z nim resztę życia!

Boże, dziękuję, że postawiłeś kogoś takiego na mojej drodze. Będę za to dziękować do końca życia.



29.09.

Jest dobrze. Naprawdę jest dobrze. Tylko dzisiaj… Smutek. Jednak w domu jest najlepiej, a jutro wyjazd. Przyjadę za miesiąc na 3 dni i tak przez następne dziewięć miesięcy. Cóż… Powinnam być przyzwyczajona biorąc pod uwagę, że wyprowadziłam się z domu 5 lat temu. Nie jestem, bo to nie było 5 lat studiów, tylko 5 lat trwania w nie wiadomo czym. 

Za równe 3 miesiące będę miała 24 lata i to mnie przeraża. Brzmi już jakoś tak staro, a ja panicznie boję się starości, bo wiem, że czym ja jestem starsza, tym starsi są Moi Rodzice, a to ich śmierci – nie swojej, boję się najbardziej na świecie. Strasznie też boję się śmierci innych moich bliskich, bo wiem, że jestem cholernie słaba i że jakakolwiek śmierć wśród bliskich mi osób będzie oznaczała dla mnie powrót JEJ. 

Aha, czyli o to chodzi. Zawsze chodzi o to samo. O NIĄ. ONA jest zawsze, gdy dzieje się coś złego, a czasami nawet pojawia się tak o, bez przyczyny, bez bodźca z zewnątrz w postaci przykrego lub traumatycznego wydarzenia. 

Nastawienie do studiów neutralne, nie spinam się, mam na to wyje*ane. Chyba już wyczerpałam limit nerwów z powodu studiów i teraz mi to wszystko wisi. Albo po prostu u mnie na nerwy jeszcze przyjdzie czas ;) 

Nastawienie do reszty życia zdecydowanie na plus. Mam najwspanialszego chłopaka na świecie, którego niewyobrażalnie kocham i dla którego staram się walczyć ze wszystkimi swoimi psychofazami, bo on zasługuje na same najlepsze rzeczy. Mam wspaniałych Przyjaciół, Rodzinę i… najsłodsze na świecie Pieski! :) Naprawdę mam liczne powody do radości i bez klapek na oczach, które zakładała mi ONA, teraz widzę to bardzo wyraźnie. 

Będę dziękowała Bogu za każdy przeżyty w spokoju dzień na uczelni. Za każdy dzień bez depresji, za każdy dzień wypełniony działaniem po brzegi, za każde zwycięstwo nad stresem, smutkiem, czasami lenistwem. 

Ostatnio wróciła jakaś taka ufność, że Ktoś nade mną czuwa, że nie jestem sama pod tym przytłaczającym mnie kloszem depresji, że wszystko będzie dobrze. Oby tak dalej. 

Jutro wreszcie zobaczę Mój Największy Skarb! Can’t wait! <3 

07.09.

Wczorajszy wieczór to był powrót piekła. Bolało mnie tak bardzo, że chciałam położyć się i płakać aż usnę, ale czułam, że lada chwila przyjdzie do mnie Mama. I przyszła. Powiedzieć, żebym się ogarnęła, żebym przestała się tak zachowywać. Płakałam więc na raty wycierając twarz poduszką, żeby przypadkiem nie dostrzegła w pobliżu mnie chusteczki. Zażyłam też tabletkę na uspokojenie, po której dzisiaj chodzę ledwo żywa i przespałam pół dnia. Może to i lepiej.

Ja już nie mam siły do tego wszystkiego. Mam niezliczone ilości ran z przeszłości, które nie zagoiły się pomimo upływu lat. T. mówi, że tak miało być, że Bóg tak to zaplanował i już. Tak? A ja się pytam, czy Bóg zaplanował te wszystkie łzy i krople krwi, które popłynęły przez S.? Czy Bóg zaplanował tę toksyczną relację z M.? Czy to Bóg pozwolił mi tak potwornie cierpieć 2 lata po odejściu S., że chwyciłam się MarC, jako ostatniej deski ratunku, w rzeczywistości też tonącej i to szybciej niż ja sama? Czy to Bóg pozwolił mi odejść z wymarzonych studiów? Wreszcie – czy to Bóg pozwala depresji dominować w moim życiu?

Ktoś, kto patrzy na to z boku może powiedzieć, że przecież to były moje wybory. Tak, wybory uśmierzaczy bólu. Jebanego bólu, który trwał i trwał (i nadal trwa), a nic innego nie pomagało. Każdy wybór to był wybór, który przynosił ulgę na chwilę, a w efekcie cierpiałam jeszcze bardziej.

Rok temu pojawił się w moim życiu najlepszy facet na świecie i to jest jedyny, ale i najsilniejszy argument za tym, że to wszystko, co było wcześniej, po prostu miało być. On jest tak wartościowym człowiekiem, że może po prostu musiałam zapłacić tak wysoką cenę, aby mieć kogoś takiego przy sobie?

Pytanie tylko czemu nadal cierpię. Czemu w dalszym ciągu zwiększam ilość antydepresantu, czemu dalej potrzebuję psychoterapii, czemu dalej płaczę wieczorami i najgorsze – czemu boli aż tak, że sama sobie nie daję z tym rady i obarczam moimi bólami także i jego? Czym on sobie zasłużył, żeby razem ze mną dźwigać ten krzyż?

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. (J 15,13).