11.01.

Za każdym razem, gdy ona się odzywa, wraca silniejsza i głodniejsza – mojej apatii i moich upadków. Który to już raz? Nikt by tego nie zliczył. 

Moje życie ostatnio jej sprzyja. Ma się czym odżywiać, ma skąd brać siłę. 

Za to ja nie mam siły już prawie wcale. 

W grupie nie gadam już z nikim, bo udawanie przed wszystkimi, że jest ok, męczy mnie, jak nic innego. 

Tylko u siebie czuję się bezpiecznie, a wszystkie inne miejsca napawają mnie lękiem. 

Chyba chciałabym umrzeć, a jednocześnie śmierci boję się najbardziej na świecie.

Do niczego się nie nadaję.

05.01.

Od kilku dni jestem już w biegu. Rozpoczął się maraton końca semestru i potrwa przez najbliższe tygodnie.

Miewam lepsze i gorsze chwile, ale mimo wszystko, mimo tego pośpiechu, nerwów, ogromu nauki – czuję spokój. 

I to jest najważniejsze. Żebym miała spokój. Żebym czuła się bezpiecznie bez względu na to, co dzieje się wokół mnie. 

Ten spokój to dar od Boga, wiem to na pewno. 

16.12.

Niby teraz śpisz obok mnie, ale tak naprawdę nie odczuwam, że tutaj jesteś. Nie odczuwam, bo popadłam w zupełną obojętność wobec Twojej osoby.

Pierwszy raz zraniłeś mnie tak koszmarnie mocno, że gdy obudziłam się dziś rano, to zastanawiałam się, czy to był sen czy zdarzyło się to naprawdę. 

Po pierwsze, nie potrafię zrozumieć, dlaczego powiedziałeś mi taką rzecz przez telefon wiedząc, że od kilku dni jestem w strasznym stanie, że nie chodzę na zajęcia i nie wstaję z łóżka. Jedyny powód, jaki widzę, to taki, aby udowodnić mi, że to TY miałeś rację, ale to akurat działa na Twoją niekorzyść. 

Po drugie, gdyby nie telefon Mojej Mamy, to nawet byś do mnie nie przyjechał, mimo, że miałeś cały dzień wolny. Przyjechałeś po jej telefonie, żeby mnie „ogarnąć”, a doprowadziłeś mnie do jeszcze gorszego stanu i do teraz nie usłyszałam nawet jednego głupiego „przepraszam”. Potem jeszcze miałes pretensje, że kazałam Ci wyjść z mojego mieszkania. 

Po trzecie, byłam chyba dla Ciebie za dobra do tej pory, bo tolerowałam wszystko, pomagałam we wszystkim, oddawałam cząstki siebie dla Ciebie, i teraz najważniejsze: POMIMO DEPRESJI, KTÓRA I TAK ODBIERA MI SIŁY. Ty natomiast nie potrafiłeś wyjść poza swoje ograniczenia i udowodniłeś po raz kolejny, że zdanie mamusi to dla Ciebie drugi dekalog. Tak, tak, będziesz zaprzeczał, bo to przecież wstyd się do czegoś takiego przyznać, ale znam Cię już 1,5 roku i potrafię wyciągać wnioski. 

Swoją drogą też bardzo budujące dla mnie jest to, że gdy chodziło o poprzednią dziewczynę, to potrafiłeś zrobić coś wbrew ich zdaniu, a jeśli chodzi o mnie… to wiadomo.

Wczorajsza sytuacja stworzyła między nami ogromny dystans, a na pewno z mojej strony. 

Jeśli się kogoś naprawdę kocha, to mu się nie robi takich rzeczy.

Mówisz, że mi pomagasz z depresją, tak? Owszem, pomagasz nieraz i to bardzo (za co Ci oczywiście dziękuję), ale w ten sposób, że po prostu jesteś, że mnie rozśmieszasz swoimi żartami, że się wygłupiasz i błaznujesz. Ile razy pomogłeś mi poświęcając coś dla mnie? 

Nie chcę już żadnych oświadczyn, żeby potem słuchać, że ktoś Cię zmusił do tego. 

Nawet nie wyobrażasz sobie, jak daleko od Ciebie teraz jestem. Nie wiem kiedy wrócę. 

14.12.

Pierwsza nieobecność na anatomii zaliczona. 

Jestem już w swoim świecie, odizolowana od wszystkich. 

Mama dzisiaj mnie zapytała: ‚A ciebie jeszcze w ogóle cieszy to, że tak dobrze ci idzie z anatomii?’ i wtedy dotarło do mnie, że ostatni raz cieszyłam się z dobrego wyniku ponad miesiąc temu. 

Dzieje się dokładnie to samo, co działo się za każdym razem, gdy choroba wracała na dłużej. 

Jeśli skończy się tak, jak kończyło się wcześniej, to będzie Magik… 

13.12.

Lekarka przepisała mi leki na stany lękowe, ale ja ich nie biorę, bo… boję się ich brać. 

Wszystko mnie przytłacza, irytuje, budzi niechęć. Zaczynają mnie przerastać najprostsze czynności, a do moich obowiązków należy uczenie się rzeczy, które należą do grupy najtrudniejszych, a nie najprostszych. Trochę się w tym zaczynam dusić. 

T., KOCHAM CIĘ NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE. 
Walczę już tylko dla Ciebie, bo dla siebie nie miałabym ani grama siły… 



08.12.

Nie wiem, jak nazywa się to, co mnie boli, ale boli potwornie. 

Jako doraźne środki przeciwbólowe działają pozytywne bodźce z zewnątrz. Nigdy nie docierają na tyle głęboko, żeby zostać na dłużej. 

Odechciewa się wszystkiego. 

07.12.

Gniję powoli, ale doszczętnie. 

Przestaję widzieć sens wszystkiego. Nie mam siły już wstawać rano z łóżka. Dzisiaj prawie zaspałam na zajęcia, które zaczynały się o 14… 

Chwilowe przypływy radości są tak chwilowe, że ledwo zauważalne. 

Nie wiem dlaczego jestem tak słaba, dlaczego potykam się o najmniejsze przeszkody, dlaczego boli mnie tak bardzo ukłucie najmniejszej igły. 

Szczęście, czy ty w ogóle istniejesz? 



25.11.

Straciłam całą siłę do działania. 

Na dzisiejszą anatomię pójdę nauczona może w 20%, ale najgorsze jest to, że mam już na to wszystko po prostu wyjebane. 

A to dlatego, że stres zaczął mnie paraliżować, mimo, że do tej pory był ledwie odczuwalny. 

Wszystko stało się takie mdłe, bez wyrazu i bez smaku. 

Moja reakcja obronna mnie nie broni, lecz wycofuje. 

23.11.

Ryczę nieustannie od 3 godzin. 

Anatomii się nie nauczyłam. 

Po co ja żyję? Tylko ranię siebie i innych. 

A najbardziej to żal mi T., że ma tak pojebaną dziewczynę. 

Przepraszam Cię. Zasługujesz na kogoś tak wspaniałego, jak Ty, a jesteś z taką tepą szmatą… 

Potwornie mi Ciebie szkoda. 

22.11.

Poruszyło mnie bardzo coś, co nie powinno mnie już w ogóle interesować. 

Wczoraj weszłam na profil JEGO żony. Nie wiem czemu. I tak jest ogromny postęp, bo ostatnio tam byłam jakieś 2 tygodnie temu (wcześniej to były wizyty minimum 2x dziennie…) i właśnie dlatego, że byłam tam tak „dawno” temu, dopiero wczoraj zobaczyłam jej post o narodzinach drugiej córeczki, który dodała kilkanaście dni temu. 

Dobiło mnie to. Dwójka dzieci to już nie jedno i tak jakby druga „kula u nogi”, jeśli ktoś chce od kogoś odejść. 

Pierwsze co pomyślałam: ‚To moja wina’. Tak, to moja wina, że to drugie dziecko zostało spłodzone. Mogłam od razu powiedzieć tej dziewczynie o wszystkim. Może to, że ta sprawa mnie tak potwornie męczyła od samego początku, to był znak, żeby coś się zmieniło w ich życiu. Nie powiedziałam nic, nie zmieniło się nic w pożądanym kierunku. Ona pewnie nadal niczego nieświadoma, urodziła drugie dziecko i założę się, że nawet gdyby dowiedziała się o tym dziś – nie ode mnie, od kogoś innego lub sama by coś odkryła, to drugie dziecko byłoby szalą przechylającą decyzję w kierunku pozostania z tym łajdakiem. Przecież dobro dzieci jest najważniejsze.

Nie jestem za rozwodami. Uważam, że o małżeństwo się powinno walczyć do samego końca, ale też w granicach rozsądku. Czasami taki wstrząs w postaci ogromnego kryzysu jest przyczyną rozpadu małżeństwa, ale czasami stanowi moment przełomowy, żeby mąż (albo żona) przestał pić/zdradzać/bić/niszczyć rodzinę w jakikolwiek inny sposób. 

Wątpię, żeby on zaprzestał czynić świństw. Z tego, co opowiadał, jest taki „od zawsze”, więc skoro coś tak bardzo ważnego, jak ślub i pojawienie się pierwszego dziecka z tą kobietą, nie wyzwoliło w nim zmian, to na pewno nie wyzwoli tego ani drugie dziecko, ani następne. 

Słyszałam wiele podobnych historii od moich psychoterapeutek, wiele też czytałam swego czasu, kilka takich historii zdarzyło sie wśród moich znajomych lub w rodzinie. Natura ludzka jest tak skomplikowana, że nie da się nigdy przewidzieć, jak będzie akurat w tym przypadku, ale to, że w przeważającej części tych przypadków powtarza się ten sam scenariusz, obciąża moją psychikę poczuciem winy i cholernej bezradności. 

Jedyną osobą, z którą miałam ochotę wczoraj rozmawiać o tym, czego się dowiedziałam, był T.  

Uchronił mnie przed sięgnięciem po ostrze. Myśl o tym pojawiła się chwilę po tym, jak zobaczyłam post. 

Jest moim najlepszym przyjacielem. Nabiera to olbrzymiej mocy, jeśli połączone jest z miłością i pragnieniem, aby to właśnie z tą osobą spędzić resztę życia. 

Jestem największą szczęściarą na świecie, że Ciebie mam, T. 

Dziękuję. Kocham. 

Znalezione obrazy dla zapytania lucky i'm in love with my best friend