25.08.

Nie mam nawet siły o tym wszystkim pisać.

Tydzień z Olą to było coś wspaniałego. Czas wypełniony był po brzegi, więc jakim cudem znalazłam go jeszcze trochę na to, żeby myśleć o tych złych rzeczach?

Czuję się fatalnie, jeżeli zapomnę wziąć rano leków. Moje życie zależy od jakiejś małej białej tabletki. 

Wraz z powrotem gorszego samopoczucia wracają wszystkie najczarniejsze myśli. Wracają najbardziej bolesne wspomnienia związane z S., MarC, tymi dwiema dziewczynami, które miały przede mną bliższy kontakt z T. Zaczynam też dopatrywać się u T. cech moich poprzednich facetów, bo nie mogę uwierzyć, że facet może być dla mnie tak dobry i kochany, jak T. 

Przez całą noc spędzoną w pociągu nie spałam nawet chwili. Tak bardzo chciało mi się płakać, a jednocześnie tak mało miałam na to siły. 

Boję się jesieni, którą już widać, oraz zimy, która po niej nadejdzie. Chyba muszę zwiększyć dawkę antydepresantu, bo inaczej wykituję i kolejny raz rzucę medycynę z powodu tej jebanej choroby. 

Dlaczego od kilku lat każde lato wygląda dla mnie tak samo dramatycznie, skoro lato powinno być tą najradośniejszą porą roku? Skoro w tym roku mam już wspaniale uporządkowane życie prywatne i zawodowe? Skoro od najgorszych wydarzeń w moim życiu i jakiegokolwiek z nimi kontaktu minął ponad rok?

Boję się depresji najbardziej na świecie. Boję się jej bardziej niż śmierci, bo ona jest gorsza niż śmierć. Śmierć zabiera człowieka z ciałem i duszą, depresja zabiera duszę i skazuje ją na męki, pozostawiając martwe ciało wśród żywych ciał niepotrafiących zrozumieć, że można nie żyć za życia. Tyle razy już to przechodziłam, a teraz po krótkim okresie szczęścia rozpoczął się okres, w którym ona znowu wkracza w moje życie. 

Moim Kuzynom dziękuję za każdy dzień tygodnia spędzonego razem. Jesteście najlepsi! <3 

T. natomiast niech Bóg jakoś wynagrodzi to, że musi wytrzymywać z nami… Ze mną i z NIĄ. Depresją. 

16.07.

Chyba wolę być raniona niż ranić. Być zawodzona niż zawodzić. Cierpieć niż być przyczyną cierpienia. 

Smutek powrócił. Zaczęłam już przyzwyczajać się do radości, kiedy się pojawił. Jak zwykle niespodziewanie, jak zwykle z siłą większą niż moja siła obrony przed nim. 

08.07.

Jestem obrazem nędzy i rozpaczy. 

Łzy same cisną mi się do oczu, chociaż nie mam najmniejszego powodu, aby płakać. 

Ten je*any MarC ciągle wisi mi nad głową, nie umiem go wypędzić. Jedna obsesja przeradza się w następną i moim udrękom nie ma końca. Chciałabym już wyjść na prostą, ale widzę, że to niemożliwe. 

Boli mnie wszystko, co jest choćby minimalnie bolesne, nawet jeśli pochodzi od T., którego miłości do mnie jestem pewna i którego sama kocham nad życie. 

Nie mam sił…

23.06.

Boli tak potwornie, tak potwornie przeszywa mnie ból, którego nic nie jest w stanie ukoić. 

Ciągle chodzę w masce uśmiechniętej postaci, by inni widzieli, że żyję, a nie tylko istnieję. 

Nie mam już siły wegetować. Chcę umrzeć albo zacząć ŻYĆ. 

ŻYĆ ŻYĆ ŻYĆ. 

I tak zazdroszczę ludziom, którzy naprawdę żyją…

18.06.

Brak siły by wstać z łóżka. By przestać płakać. By zrobić cokolwiek pożytecznego. By żyć. 

Dopadło mnie na maksa akurat wtedy, gdy minął termin rejestracji na studia. Złożyłam na medycynę – wstyd mówić, który to już raz będę (o ile się dostanę) na pierwszym roku. Czuję, że potrzebuję tych studiów, jak powietrza, ale czuję też w stosunku do nich ogromną niemoc. 

Cały syf z głowy tak niesamowicie mocno wypływa na zewnątrz w postaci braku apetytu, przesypiania połowy dnia i braku koncentracji, że zaczynam się zastanawiać, czy jednak nie podjęłam po raz kolejny tej samej i po raz kolejny błędnej decyzji. 

17.06.

Przeraźliwy, wewnętrzny smutek. 

Depresja kwitnie, jak wiosna. 

Ja natomiast czuję, że gniję. Gniją wszystkie rany, które mam na niemal każdym obszarze mojej psychiki. Gniją, bo od wielu lat albo miesięcy nieustannie sączy się z nich krew. 

Te stany bezradności, gdy krwawienie się nasila, gdy zalewa mnie krew z tych wszystkich ran, doprowadzają mnie do obłędu. 

Masz rację, Igor. Nie każdy kolec ma różę. 

11.06.

„Rocznicę” najgorszego dnia w moim życiu spędziłam w pracy i był to udany dzień.

„Rocznicę” drugiego najgorszego dnia w moim życiu spędziłam w domu i był to dzień niestety mniej udany. 

Dzisiaj w nocy śniło mi się, że zdradziłam T. z kolegą z dzieciństwa. W tym śnie byli obecni wszyscy przyjaciele, a nawet Rodzice i wszyscy widzieli, że coś jest na rzeczy. To tamten chłopak mnie uwodził i zachęcał, a ja ciągle powtarzałam, że nie mogę, że mam chłopaka, że to złe. Rano obudziłam się z ogromnymi wyrzutami sumienia, że coś takiego mi się w ogóle śniło. 

To pewnie dlatego, że to jest dokładnie ten czas, gdy rok temu wydarzyła się tamta zdrada – o wiele większa, bo zdrada małżeńska, i nie z mojej strony, lecz ze strony tej drugiej osoby, ale która bez mojego udziału nie miałaby miejsca. Może to też dlatego, że w mojej podświadomości panuje nadal poczucie winy za to, co stało się rok temu. 

Jest jeszcze trzeci powód, który wydaje się dla większości taki błahy, a mi zatruwa życie. Tak potwornie brzydzę się zdrad, że sama pod wpływem snu, w którym zdradzam chłopaka, którego kocham, wpadam w poczucie winy, pomimo, że przecież nie ma w tym żadnej mojej winy. Tak potwornie brzydzę się zdrad innych, że aż miewam sny, w których sama zdradzam, mimo, że w rzeczywistości prędzej bym przecięła żyły niż pomyślała, żeby zdradzić T. 

Czym więcej czasu mija od tamtego dnia, tym bardziej zaciera mi się obraz tego wszystkiego, zapominam, jak brzmiał jego głos, jak wyglądały jego dłonie, jakie miał perfumy. To powinno się wiązać ze zmniejszeniem cierpienia, ale niestety tak nie jest. Nie muszę pamiętać JEGO, żeby pamiętać o tym, co się stało i o jego żonie. Przerażam sama siebie. 

PS Za 3 dni będzie pierwsza rocznica czegoś najpiękniejszego w moim życiu i to jest zdecydowanie największy powód do szczęścia! <3

 

26.05.

Już dawno nie pocięłam się tak mocno. 

Jestem zerem i dokładnie tak się czuję cały czas. 

To życie mnie przytłacza coraz bardziej, mam dość, naprawdę dość. 

Czuję się najgorsza na świecie, gorsza od wszystkich, a najbardziej od TYCH DWÓCH… 

Jutro znowu nie będę widziała na oczy z powodu opuchlizny. 

Depresja wyssała ze mnie wszystko, co najlepsze. Zostawiła to, co najgorsze i tą najgorszą częścią ranię koszmarnie nawet kogoś, kogo kocham najbardziej na świecie. To jest już chyba to piekło na ziemi. 

Zabijcie mnie, błagam. 

11.05.

Już dawno nie ryczałam tak, jak dziś. Już dawno nie czułam się tak tragicznie, jak czuję się dzisiaj. 

Zanoszę się od płaczu, chcę zdechnąć. Nie potrafię się uspokoić w żaden sposób. Czuję, że niczego nie potrzebuję teraz bardziej niż śmierci, a wraz z nią końca tego cierpienia. 

Wspomnienia sprzed roku sprawiają wrażenie, jakby nie były wspomnieniami, lecz teraźniejszością. Zaczyna się dla mnie najgorszy czas w roku, miesiące, które kilka lat pod rząd stanowiły nieprzerwany ciąg łez, autodestrukcji fizycznej i psychicznej. Trzymam się coraz gorzej, a ból znowu nabiera siły, której nie są w stanie opisać żadne słowa. 

Depresja się ciągle nasila pomimo, że nie przestaję być w trakcie leczenia. Czuję, że granice mojej wytrzymałości zostały przekroczone i że zaczynają się dziać w moim życiu rzeczy, które niszczą mnie na zawsze, nieodwracalnie zabijają mnie po kawałku. Jeśli wyjdę z tego żywa, i tak już nie będę taka, jak kiedyś. 

To życie już zostało przegrane. Ciekawe tylko, w jak dużym stopniu. 

10.05.

Jestem przykryta szczęściem, które napływa z zewnątrz: z obecności T., z miłości Rodziców, ze wsparcia wspaniałych Przyjaciół, z pracy, ze zbliżającego się października. To wszystko jest piękne, ale stanowi tylko skorupę, w której jest schowany mój wrak. 

Chciałabym rozpuścić skorupę, chciałabym, żeby to, co jest w moim życiu dobre, wniknęło do środka mnie i żebym zaczęła naprawdę żyć, a nie wegetować. 

To się nie udaje. 

Wieczorami znowu płaczę, wracają myśli autodestrukcyjne i chęć autodestrukcyjnych czynów. W nocy śnią się koszmary, narasta we mnie agresja. Wróciły też nerwy tak patologiczne, że trzęsę się z ich powodu.

Wspomnienia mnie dobijają, a czasami mam wręcz wrażenie, że to one są głównym sprawcą braku możliwości złapania równowagi psychicznej. Sprawa z MarC znowu zaczęła mnie prześladować. Rana została rozdrapana. Znowu krwawi. Który to już raz? I ile razy jeszcze? 

14.04.

Bardzo ciężki wieczór z niewiadomych przyczyn.

Żeby się nie ciąć maluję paznokcie, gram, czytam o Coco Chanel, wyrywam włosy za uchem i staram się myśleć o przyjemnych rzeczach, które mnie czekają w najbliższej przyszłości. 

Ginekolog jutro i tak zobaczy na moim brzuchu sznyty, ale nie chcę, żeby widział rany, które nawet jeszcze nie zdążyły przyschnąć. 

Chyba poproszę psychiatrę o zwiększenie dawki leku. 

Coś tutaj nadal nie gra. I to nawet bardzo.