23.03.

Bywałam w ostatnim czasie mniej lub bardziej smutna. Z różnych powodów.

Ale już dawno nie czułam takiej pustki, jaką czuję teraz. Pustka nie ma powodu, bo pustka jest niczym, a jednocześnie czymś… jakby głazem leżącym mi na płucach.

To jest niesamowite, jak ta choroba zmienia mnie o 180 stopni. Jak czyni mój śmiech jedynie zbiorem dźwięków wydobywających się z krtani, bez żadnego emocjonalnego podłoża. Jak zabiera motywację i chęć do spełniania moich największych marzeń. Jednocześnie to ona daje mi „siłę”, aby udawać przed wszystkimi, że jest w porządku, bo przecież tego nikt nie rozumie i nie zrozumie, a robienie z siebie ofiary nigdy nikomu nie wyszło na dobre.

Wiem co oznacza jej powrót. Nie wiem kogo nadejścia boję się bardziej: jej czy śmierci…

Tydzień nie przyjmowałam leków i upadłam nie na żarty, ale na serio. Czy ja kiedykolwiek odstawię ten chemiczny syf?

21.03.

Pomimo moich starań, aby wmówić sobie, że wszystko po mnie spływa, jak po kaczce, stało się zupełnie odwrotnie – to wszystko we mnie wsiąknęło i zrobiło mnie taką ciężką, jak ciężka jest nasączona wodą gąbka.

Wzięłam sobie „urlop” na studiach. Na czym on polega? Niestety nie na tym, że spokojnie odpoczywam, ale na tym, że chociaż wstaję z łóżka, bo wiem, że nie będę dziś musiała nigdzie iść, nikt mnie nie będzie pytał, gnębił, poniżał, wyśmiewał. Teraz czuję się tak koszmarnie, że bez tej świadomości „wolnego” dnia nie wstałabym wcale. Zwolnienie lekarskie zadziałało w tym przypadku lepiej niż jakikolwiek lek na uspokojenie.

To już przekroczyło granice „zdrowego” dołka, w który czasem wpada każdy człowiek. Muszę się jakoś podnieść i to szybko, żeby mieć do czego wracać.

Tylko jak to zrobić?

16.03.

„Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.”

Nastał czas ciemnej doliny.

Wraz z nią wróciła największa bolączka mojego związku.

Wraz z nią nadszedł zupełny brak przygotowania na jutrzejsze zajęcia.

I Ania, jak zwykle, odezwała się akurat w ten dzień, gdy zaczyna się sypać. Jak ona to robi?

26.02.

Jeszcze nigdy nie byłam tak zestresowana na tych studiach, jak teraz. Na razie jakoś się trzymam. Siedzę w książkach, ile tylko daję radę, aby sprostać wymaganiom. 

Nie wiem, czy wytrzymam cały semestr i boję się, że w końcu doznam takiego spadku formy, że nie będę miała siły wstawać z łóżka (przerabiane wielokrotnie…). Wiadomo, co by to oznaczało dla moich studiów. 

Kolejna pani dr powiedziała mi wprost, że podjęłam złą decyzję wchodząc ponownie na ścieżkę, która ewidentnie jest prostą drogą do nawrotu choroby. Te słowa mnie paradoksalnie napędziły do działania, żeby walczyć i nie dać się temu choróbsku, ale jednocześnie czuję, jak z każdym dniem gasnę w środku, choć staram się trzymać mocno z zewnątrz. 

Musi być dobrze… 

11.01.

Za każdym razem, gdy ona się odzywa, wraca silniejsza i głodniejsza – mojej apatii i moich upadków. Który to już raz? Nikt by tego nie zliczył. 

Moje życie ostatnio jej sprzyja. Ma się czym odżywiać, ma skąd brać siłę. 

Za to ja nie mam siły już prawie wcale. 

W grupie nie gadam już z nikim, bo udawanie przed wszystkimi, że jest ok, męczy mnie, jak nic innego. 

Tylko u siebie czuję się bezpiecznie, a wszystkie inne miejsca napawają mnie lękiem. 

Chyba chciałabym umrzeć, a jednocześnie śmierci boję się najbardziej na świecie.

Do niczego się nie nadaję.

05.01.

Od kilku dni jestem już w biegu. Rozpoczął się maraton końca semestru i potrwa przez najbliższe tygodnie.

Miewam lepsze i gorsze chwile, ale mimo wszystko, mimo tego pośpiechu, nerwów, ogromu nauki – czuję spokój. 

I to jest najważniejsze. Żebym miała spokój. Żebym czuła się bezpiecznie bez względu na to, co dzieje się wokół mnie. 

Ten spokój to dar od Boga, wiem to na pewno. 

16.12.

Niby teraz śpisz obok mnie, ale tak naprawdę nie odczuwam, że tutaj jesteś. Nie odczuwam, bo popadłam w zupełną obojętność wobec Twojej osoby.

Pierwszy raz zraniłeś mnie tak koszmarnie mocno, że gdy obudziłam się dziś rano, to zastanawiałam się, czy to był sen czy zdarzyło się to naprawdę. 

Po pierwsze, nie potrafię zrozumieć, dlaczego powiedziałeś mi taką rzecz przez telefon wiedząc, że od kilku dni jestem w strasznym stanie, że nie chodzę na zajęcia i nie wstaję z łóżka. Jedyny powód, jaki widzę, to taki, aby udowodnić mi, że to TY miałeś rację, ale to akurat działa na Twoją niekorzyść. 

Po drugie, gdyby nie telefon Mojej Mamy, to nawet byś do mnie nie przyjechał, mimo, że miałeś cały dzień wolny. Przyjechałeś po jej telefonie, żeby mnie „ogarnąć”, a doprowadziłeś mnie do jeszcze gorszego stanu i do teraz nie usłyszałam nawet jednego głupiego „przepraszam”. Potem jeszcze miałes pretensje, że kazałam Ci wyjść z mojego mieszkania. 

Po trzecie, byłam chyba dla Ciebie za dobra do tej pory, bo tolerowałam wszystko, pomagałam we wszystkim, oddawałam cząstki siebie dla Ciebie, i teraz najważniejsze: POMIMO DEPRESJI, KTÓRA I TAK ODBIERA MI SIŁY. Ty natomiast nie potrafiłeś wyjść poza swoje ograniczenia i udowodniłeś po raz kolejny, że zdanie mamusi to dla Ciebie drugi dekalog. Tak, tak, będziesz zaprzeczał, bo to przecież wstyd się do czegoś takiego przyznać, ale znam Cię już 1,5 roku i potrafię wyciągać wnioski. 

Swoją drogą też bardzo budujące dla mnie jest to, że gdy chodziło o poprzednią dziewczynę, to potrafiłeś zrobić coś wbrew ich zdaniu, a jeśli chodzi o mnie… to wiadomo.

Wczorajsza sytuacja stworzyła między nami ogromny dystans, a na pewno z mojej strony. 

Jeśli się kogoś naprawdę kocha, to mu się nie robi takich rzeczy.

Mówisz, że mi pomagasz z depresją, tak? Owszem, pomagasz nieraz i to bardzo (za co Ci oczywiście dziękuję), ale w ten sposób, że po prostu jesteś, że mnie rozśmieszasz swoimi żartami, że się wygłupiasz i błaznujesz. Ile razy pomogłeś mi poświęcając coś dla mnie? 

Nie chcę już żadnych oświadczyn, żeby potem słuchać, że ktoś Cię zmusił do tego. 

Nawet nie wyobrażasz sobie, jak daleko od Ciebie teraz jestem. Nie wiem kiedy wrócę. 

14.12.

Pierwsza nieobecność na anatomii zaliczona. 

Jestem już w swoim świecie, odizolowana od wszystkich. 

Mama dzisiaj mnie zapytała: ‚A ciebie jeszcze w ogóle cieszy to, że tak dobrze ci idzie z anatomii?’ i wtedy dotarło do mnie, że ostatni raz cieszyłam się z dobrego wyniku ponad miesiąc temu. 

Dzieje się dokładnie to samo, co działo się za każdym razem, gdy choroba wracała na dłużej. 

Jeśli skończy się tak, jak kończyło się wcześniej, to będzie Magik… 

13.12.

Lekarka przepisała mi leki na stany lękowe, ale ja ich nie biorę, bo… boję się ich brać. 

Wszystko mnie przytłacza, irytuje, budzi niechęć. Zaczynają mnie przerastać najprostsze czynności, a do moich obowiązków należy uczenie się rzeczy, które należą do grupy najtrudniejszych, a nie najprostszych. Trochę się w tym zaczynam dusić. 

T., KOCHAM CIĘ NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE. 
Walczę już tylko dla Ciebie, bo dla siebie nie miałabym ani grama siły… 



08.12.

Nie wiem, jak nazywa się to, co mnie boli, ale boli potwornie. 

Jako doraźne środki przeciwbólowe działają pozytywne bodźce z zewnątrz. Nigdy nie docierają na tyle głęboko, żeby zostać na dłużej. 

Odechciewa się wszystkiego. 

07.12.

Gniję powoli, ale doszczętnie. 

Przestaję widzieć sens wszystkiego. Nie mam siły już wstawać rano z łóżka. Dzisiaj prawie zaspałam na zajęcia, które zaczynały się o 14… 

Chwilowe przypływy radości są tak chwilowe, że ledwo zauważalne. 

Nie wiem dlaczego jestem tak słaba, dlaczego potykam się o najmniejsze przeszkody, dlaczego boli mnie tak bardzo ukłucie najmniejszej igły. 

Szczęście, czy ty w ogóle istniejesz?