16.08.

Nie umiem okiełznać tego smutku. On jest tak olbrzymi, że jego łapy obejmują wszystkie obszary mojego życia. Próbuję zmieniać kierunek moich myśli z aktualnie bolącego na inny – żeby nie bolało. Po chwili okazuje się, że w tym także boli, a kolejna zmiana przynosi kolejne rozczarowanie i jeszcze większe poczucie beznadziei. Nie ma już gdzie uciekać.

Czas ponownie przywitać się z depresją. Z wygasającą miłością do wszystkiego i wszystkich, których do tej pory kochałam.

Już zaczynam się izolować, uciekać w wymyślone światy książek, filmów, gier. Apetyt odchodzi z każdym dniem coraz dalej, ale to jest akurat dobra wiadomość – zrzucę trochę tłuszczu ze swojego pasztetowego cielska.

10.08.

Czuję pustkę. Największą odnośnie mojego związku. Trochę mniejszą – widząc bezsens, kiedy patrzę na siebie na tych studiach w przyszłości. Wszystko jest takie nijakie…

Wznowiłam branie leków. Uciekam we wszystko inne niż myślenie o całym syfie mojego życia. O złych wyborach, których dokonałam. O cierpieniu, jakie przeżyłam i jakie jeszcze mnie czeka. O rzeczach, które robię cały czas źle i w których jestem gorsza od innych. Po prostu skumulowało się całe zło.

Jutro jadę do Mojej J., a w niedzielę idę do pracy. Wrócę w poniedziałek ledwo żywa i chyba potrzebuję być ledwo żywa, bo wtedy się nie myśli o niczym innym niż zmęczenie i ból nóg.

09.08.

Według licznika ślub za 780 dni. Dzisiaj została podpisana umowa o wynajęcie sali weselnej. Ja najbardziej byłam zainteresowana tym, ile pieniędzy przepadnie, jeśli zerwiemy umowę.

Wczoraj napisałam T. (który to już raz?), że to koniec. Czasami wydaje mi się, że różnice między nami są nie do przeskoczenia. Kolejny dzień jestem na środkach uspokajających (a raczej otumaniających). Nawet, gdy już się pogodzimy, nie wraca to, co było przed kłótnią. Za każdym razem coś tracimy z tego, co budowaliśmy do tej pory, przynajmniej w moim odczuciu.

Ja chyba po prostu nie potrafię być z nikim szczęśliwa. A zwłaszcza z samą sobą. Odkąd odstawiłam leki (3 miesiące temu…) zauważyłam, że zaczęło się wszystko w moim życiu sypać. Teraz osiągnęłam już stan zbliżony do tej depresji, która kiedyś nie pozwalała mi wstawać rano z łóżka i przez którą popełniłam kilka największych życiowych błędów.

Jak widać szykuje się kolejny….

31.07.

Najpiękniejsze wydarzenie w moim życiu zmieniło się w koszmar (nie tylko dla mnie…), bo ktoś nie umie wyjść poza ograniczenia swojego mózgu i zaakceptować rzeczy, które są tak oczywiste i naturalne, że brakuje mi słów, gdy widzę, że ten ktoś ma z tym problem.

Jestem załamana. Jedyne, co mnie podtrzymuje na duchu to nadzieja, że wszystko się ułoży, że nic nie przepadnie, że będzie tak, jak powinno być. 

KOCHAM CIĘ, T.

13.07.

Znalazłam dziś moje stare pamiętniki sprzed 10-13 lat. Nawet jako 12-letnie dziecko byłam już ciągle smutna. Raniona przez ludzi. Osamotniona i zagubiona.

Nic nie bierze się znikąd.

Taka byłam i taka jestem. Czy taka też będę?

07.07.

Bez wiary, że każde cierpienie jest po coś, zwariowałabym już dawno.

Dzisiaj wiem (i to zawdzięczam przede wszystkim Mojej Przyjaciółce Ani), że cierpienie to jedna z najpiękniejszych form modlitwy. Nie musi być dobrze, nie musi być szczęśliwych scenariuszy, ale musi być wiara, która pomaga, gdy już nic innego nie pomaga.

Dziękuję.